Istnieję – w Paryżu nawet o to jest całkiem trudno

Otwarte okno, otwarte wino, gwar paryskiej ulicy. Moją rutyną staje się kupowanie bagietki po 19. Muszę przestać, bo biały chleb dla grubasków to zło.

Jestem tutaj dwa tygodnie, a mam wrażenie, że nawet nie jestem w połowie załatwiania formalności. Bank, źle poinformowany uniwersytet, kolejne ubezpieczenie, które jest mi kompletnie zbędne, kolejne wydanie pieniędzy na coś, czego nigdy nie musiałabym kupować, gdyby nie cudowna francuska biurokracja. Ale (nie wolno zaczynać od „ale”) sama sobie taki los wybrałam.

Francuzi naprawdę mają wielkie nosy i tutaj nie ma żadnych podtekstów, nosy francuzów są największe jakie widziałam. Nie ma podziału na małe/duże, są tylko duże i większe.

Jeszcze nigdy, w żadnym miejscu, nie spotkałam tylu dziwnych ludzi. Ludzi z zakrwawionymi rękoma, ludzi wyglądających jak pomocnik Mikołaja(przy okazji śmierdzących jak śmieci, które na dodatek jeszcze zgniły), ogólnie rzecz biorąc, nie ma dnia bez zobaczenia czegoś odrażającego, dziwnego, czegoś, po czym jest Ci niedobrze. Mam wrażenie, że przyjdzie ten czas, kiedy będę tak zahartowana, że będę fukać i olewać. Jeszcze nie teraz.

Możecie mi nie wierzyć, ale Paryż na razie mnie zawodzi. Znacząco różni się od tego sprzed pięciu lat, kiedy byłam w nim okropnie zakochana, różni się od Paryża z marzeń. Kiedy byłam tutaj pierwszy raz, po powrocie wszyscy się mnie pytali, czy syndrom paryski istnieje naprawdę (dolegliwość występująca u turystów, najczęściej japońskich, którzy odwiedzając Paryż odkrywają, że miasto nie spełnia ich oczekiwań, a ich wymarzony czy znany z mediów obraz Paryża różni się w znaczący sposób od rzeczywistości – Wikipedia prawdę Ci powie). Bardzo stanowczo odpowiadałam, że no chyba to jakieś żarty, że Paryż jest cudowny i dzieją się tutaj najmagiczniejsze rzeczy na świecie. Mądrzejsza o podróżnicze doświadczenia odpowiadam: syndrom paryski to nie jest kłamstwo.Nie zrozumcie mnie źle, ja nadal kocham to miejsce.

Znajomi przewracają oczami, kiedy im mówię, że nie wiem, co musiałabym zobaczyć, żeby powiedzieć „Uszczypnij mnie, bo nie wierzę!”. Już kilka razy mi się to tutaj zdarzyło, w moim mniemaniu, zdecydowanie za mało. Potrzebowałam uszczypnięcia przy pierwszej po latach wizycie w Notre Dame, ponieważ jeśli nie wiecie, to miejsce w Paryżu jest jednym z pierwszych moich wspomnień z dzieciństwa, nawet jeśli pierwszy raz przybyłam do Paryża po osiemnastce. Powstała o tym nawet cała notka. Kolejnym razem, kiedy zobaczyłam Wieże Eiffla (tak, tak, najbardziej oklepany budynek w Paryżu – nie obchodzi mnie to), kiedy widziałam ją coraz bliżej i bliżej, miałam ochotę biec. Kolejny raz to wizyta w Shakespeare&Company, jeśli nie wiecie co to jest, to jeszcze dużo w życiu przed wami, a w tej chwili uznaję to za moje miejsce numer jeden.

7735m

Nie czuję się tutaj jeszcze jak ryba w wodzie. Przedwczoraj szukałam niewielkiej namiastki Wielkiej Brytanii w Paryżu, a mianowicie brytyjskiego pubu.

To jest jeszcze ten moment, kiedy czuję się bardzo obco. Nie tęsknię, no może, za dwoma puchaczami, których niestety nie można spakować do walizki. Nie tęsknię, bo uznaję się za osobę, która już potrafi być samodzielna, nie radzę sobie znakomicie, ale na szczęście, poznałam kilku Polaków, których, akurat tutaj bardzo potrzebuję. Mój francuski nie jest wspaniały, ba, mój francuski nie jest nawet dobry, ale po to tu jestem, żeby się szkolić, ale na razie w akademiku rozmawiamy po angielsku, polsku, ale nigdy po francusku. Uczelnia to jednak za mało. Kiedy wychodzę na ulicę, czytam książkę, rozmawiam ze znajomymi i nagle zaczynam się włączać do życia, do słuchania ludzi wokół mnie…wciąż jestem zdziwiona, gdzie jestem, że no jak to, LUDZIE ROZMAWIAJĄ PO FRANCUSKU?!

Przyjeżdżając rok temu do Londynu kompletnie nie czułam się obca. Czułam się swoja.

Myślę, że na razie ta cała sytuacja jest dla mnie zbyt skomplikowana, bardzo się boję, że zacznę tutaj żyć jak sobie wymyśliłam, kilka dni przed moim całkowitym powrotem do Polski. Mimo wszystko, nie chcę wracać, przyjechałam tutaj, żeby walczyć, no nie? No, chyba, że nie ma internetu, ale o tym kiedy indziej.

Nachodzą mnie momenty, kiedy uśmiecham się pod nosem, bo znam takie osoby, które zrobiłyby wiele, żeby się tutaj znaleźć, ja zrobiłam wiele, żeby tu być, jednak na razie te momenty, przeplatają się z gorzkim smakiem początków w zupełnie obcej kulturze.

Reklamy

3 Comments

  1. Nie bój się. Idź do przodu i ciesz się każdą chwilą. Nastawienie to połowa satysfakcji. A satysfakcja z najprostszych rzeczy w tak nabuzowanym zachwytem książek dla turystów (niekoniecznie podróżników) Paryżem uderzy w środek tarczy :)

    Lubię to

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s