O pewności siebie, niezależności, a właściwie to nie wiem o czym

„Jestem taka niezależna.” – niedobrze mi jak to słyszę.

Myślę, piszę, a później kasuję. Nie do końca wiem jak ubrać w słowa to co chcę powiedzieć. Nie do końca chyba rozumiem o co mi chodzi. Czuję jakąś wewnętrzną presję powiedzenia całemu światu, co o tym wszystkim myślę. Pewnie niepotrzebnie, później dostanę wiadomości, że ale fajne, ale głupie, albo nic nie dostanę.

Całkiem szczerze uważam, że niezależność i pewność w siebie kompletnie nie idą w parze, może pod koniec pisania tego tekstu zmienię swoje zdanie.

O byciu niezależnym pisałam już milion razy. Sama siebie trochę za taką uważam, ale tylko trochę. Jakby to powiedział mój Tata „Nie można być trochę w ciąży”, a jednak.

Mieszkam sobie w Paryżu, z moich obliczeń wynika, że będę tutaj 19 tygodni, zostały jeszcze 3. Pamiętam siebie, kiedy byłam „początkująca nastolatką”, jak bardzo tęskniłam za domem, zawsze. Nigdy nie było mnie w domu dłużej niż 10 dni. Tragedia. Wczoraj rozmawiałam o tym z moją babcią, że kto by pomyślał, że taka mała płacząca Kasia pojedzie to Paryża na kilka miesięcy i nawet nie wróci do domu na święta. To nawet nie o to chodzi. Zawsze byłam uczona, że rodzina jest ważna, jak i nie najważniejsza. Między słowami, a nawet nie, mogę wywnioskować, że wszystkich bardzo boli to, że mnie nie ma. Problem w tym, że ja nie mogę nic na to poradzić. Nie chodzi o to, że jestem egoistką, po części trochę jestem, a trochę nie. Później o tym pogadamy. W każdym razie jedyne co potrafię teraz powiedzieć, to to, że nie chcę mieszkać w Polsce. Widzę uśmiechy może nie szydercze, ale lekko niedowierzające temu, że ja ich tak wszystkich tam zostawię. Tak się składa, że mój plan, taki luźny, żaden wielki, po trochu się już spełnia.

Mam wrażenie, że do końca nigdy nie rozliczę się z tematem mojego studiowania. On co jakiś czas wychodzi, co jakiś czas się pojawia, co jakiś czas mi jest trochę smutno, ponieważ dla mnie to w jakiś sposób rozdrapywanie ran i dążenie kompletnie do niczego. Ze studiów Lublinie zrezygnowałam prawie 3 lata temu, jakoś w styczniu przypada ta szlachetna rocznica. Dlaczego zrezygnowałam? Studiowałam całkiem fajny kierunek, żeby nie było, ale studiowałam dokładnie to samo, co teraz, tylko, że z włoskim zamiast angielskiego. Nienawidziłam tego miasta, nienawidziłam każdej jednej rzeczy, która tam była. Nienawidziłam swojej uczelni, nienawidziłam swojego pokoju, nienawidziłam swojego życia. Nie chciałam tam studiować nigdy, problem w tym, że w liceum zbytnio się nie uczyłam i po roku przerwy i pracy w Empiku, stwierdziłam, że chyba już muszę iść na studia i ogarnąć się życiowo. Niestety było kompletnie odwrotnie. Miałam depresję, mogę to tak nazwać. Nie miałam siły iść na uczelnie, nie miałam siły wychodzić z pokoju, nie miałam ochoty do pójścia i poznania kogokolwiek. Co tydzień jeździłam prawie 6 godzin do domu, gdzie zabierałam wszystkie notatki i odrabiałam wszystkie prace domowe, na cały tydzień, żeby tylko w Lublinie móc leżeć, czytać książki i oglądać seriale. Byleby ten czas szybciej zleciał. Co tydzień, w niedzielę o 22, kiedy byłam już w akademiku odliczałam dni do kolejnego piątku. Pamiętam to jak dziś, kiedy szłam pod prysznic, w kabinie obok ktoś stękał, właściwie to dwie osoby, a ja tylko mówiłam „Jeszcze tylko pięć nocy.”

Do czego piję. Piję do tego, że w czasach Lublina moja pewność siebie poszła się po prostu walić. Nie było jej. Po prostu nie istniała. Nie byłam w stanie być szczęśliwa. Nie potrafiłam myśleć pozytywnie. Dzięki komuś na górze, albo nie, mam naprawdę fajnych rodziców. Pozwolili mi już tam nigdy więcej nie wracać. Nie odbyło się to bez kłótni, długich rozmów, ale jeśli miałabym podjąć tą decyzję jeszcze raz, zrobiłabym dokładnie tak samo.

Mój problem polega na tym, że nigdy nie byłam pewna siebie. Kiedy się z kimś przyjaźniłam, zawsze byłam tą trzecią, zawsze ktoś miał lepszą koleżankę i nie byłam nią ja. Kiedyś mnie to smuciło, czułam się samotnie, teraz jestem o jakieś 15 lat starsza, ale dla małej dziewczynki, która tak bardzo potrzebuje opowiedzieć komuś o swoim zauroczeniu, o tym, że jest jej smutno, bo brat popsuł jej jakąś głupią zabawkę, było to smutne. Pamiętam, kiedy w klasie potworzyły się „grupy”. Nie byłam w żadnej, kiedy zapytałam się jednej z dziewczynek, czy mogę w jednej być, okazało się, że jest w tej grupie za dużo osób. To nie tak, że ja to rozpamiętuję, teraz mam najlepszych przyjaciół pod słońcem, otaczam się ludźmi na których mi zależy…ale jak pomyślę o sobie w wieku 8, czy nawet 11 lat, mam ochotę przytulić tę samotną Kasię i z nią po prostu porozmawiać.

Nigdy nie byłam zbyt szczupła, zawsze byłam taka trochę przy kości, jak jesteś dzieckiem, to tak jakoś bardzo Ci nie zależy do momentu, kiedy od jednej z bliższych Ci osób usłyszysz „Kiedy w końcu schudniesz?” Jak gdyby nigdy nic, wysiadasz z samochodu, po udanych wakacjach, a prawie na pożegnanie słyszysz takie pytanie. Od tego momentu całkiem szczerze, nie znoszę tej osoby, nie mam ochoty zamieniać z nią nawet zdania. Oczywiście, przecież ta osoba „nie miała tego na myśli”, „to było głupie”. Ta sytuacja miała miejsce prawie 10 lat temu, wciąż ją pamiętam.

To nie jest użalanie się nad sobą, bo to nie o to chodzi. To są takie rzeczy, które zawsze Ci już będą siedzieć w głowie. Wtedy o tym nie myślałam, wiedziałam, że mogłabym coś zmienić, nie tak, że mi nie zależało, po prostu, było jeszcze za wcześnie. Teraz na pewno odpowiedziałabym coś, np. „A Ty kiedy zrobisz maturę?”, albo coś w tym stylu.

Powiem wam, że teraz nie jest źle, właśnie przed chwilą dostałam smsa od faceta, któremu dałam w tym tygodniu swój numer. Pewnie nie odpiszę, bo to było głupie, ale tak trochę podbudowuje Twoją samoocenę.

Teraz uważam, że jestem całkiem całkiem, patrzę się w lustro i widzę kogoś, kto mi się podoba. Jak noszę czerwoną szminkę wyglądam jak milion dolarów, co ja gadam, bez niej też jestem całkiem spoko.

Pewność siebie to nie tylko wygląd, to nie tylko ciało, to nie tylko rozebranie się przed kimś do naga. Pewność siebie to bycie szczęśliwym. Kiedy nie jesteś szczęśliwy, nie zgłosisz się na zajęciach, nie przeczytasz dobrej książki, nie zatańczysz, nie podejdziesz do obcej osoby, nie zaśmiejesz się głośno. Będziesz cicho, a ta cisza wkrótce zacznie Cię męczyć, drogi czytelniku.

Temat niezależności jakoś się ulotnił. Bo co to właściwie jest? Nie można być niezależnym. Nie można być samemu. Nie można nie mieć nikogo. Jasne, uważam się za niezależną, bo właśnie spędzam kolejny wieczór oddalona 3 godziny samolotem od domu. Potrafię zrobić sobie obiad, czasami nawet smakuje komuś innemu, potrafię zdać egzamin, znaleźć sobie pracę w innym państwie, potrafię załatwić sama sprawę w urzędzie, nie wiem co jeszcze. To jest jeden rodzaj niezależności. Jest też drugi. Nie wyobrażam sobie nie zadzwonić do przyjaciółki i nie opowiedzieć jej o moim dniu. Nie zadzwonić do rodziców i nie zapytać się co tam u nich.

Nie wyobrażam sobie życia bez dotyku. Moim zdaniem to jest tak kompletne różne od niezależności, mam wrażenie, że przez to nigdy nie będę zbytnio niezależna.

Tak naprawdę miałam napisać o czymś kompletnie innym.

Fajna jestem i tak trochę niezależna, ale tylko trochę.

Reklamy

2 Comments

  1. Tysiąc czterysta-siedemnaście słów z którymi po części się utożsamiam. Zazdroszczę lekkiego pióra i odwagi wykrzyczenia tego co siedzi w głowie i leży w sercu.

    Lubię to

  2. „Kiedy nie jesteś szczęśliwy, nie zgłosisz się na zajęciach, nie przeczytasz dobrej książki, nie zatańczysz, nie podejdziesz do obcej osoby, nie zaśmiejesz się głośno. Będziesz cicho, a ta cisza wkrótce zacznie Cię męczyć, drogi czytelniku”

    Lubię to

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s