Nie umiem w polski

Ludzie myślą, że sobie żartuję, że udaję, że robię to specjalnie. Otóż nie. Przed wyjazdem do Anglii bardzo naśmiewałam się z tych wszystkich Krzyśków, Stasiów i Damianów, którzy po powrocie do kraju mówili „Stachu, daj mi ten beer.” (zbieżność imion przypadkowa). Oczywiście, zdanie wyjęte z kontekstu, ale no wiecie o co chodzi.

Wczoraj chciałam poprosić koleżankę, żeby zapaliła światło, więc powiedziałam „Włącz te…no…lights.” Jak się domyślacie, nie mogłyśmy zatrzymać tej pędzącej karuzeli śmiechu, ale to powoli przestaje być śmieszne. W Anglii łącznie spędziłam pięć miesięcy, w Paryżu też pięć. Tak jak już pisałam, mój Paryż był czysto angielski. Właściwie francuskiego zdołałam użyć na uczelni, w banku, ewentualnie, kiedy ktoś się mnie zapytał, czy „Ça va”. Każdy preferował używać angielskiego, bo było najzwyczajniej w świecie łatwiej. Kiedyś rozmawialiśmy o tym, jak zmienia się sposób mówienia, nasza osobowość w zależności do tego jakiego języka używamy. Ja w angielskim czuję się bardzo swobodnie, uważam, że jestem sobą. Znajoma Litwinka, powiedziała mi, że w angielskim jest bardziej otwarta niż w swoim ojczystym języku. Kate studiuje w języku angielskim. Wspomniała również, że nie potrafi rozmawiać o studiach w innym języku, niż angielski. Coś w tym jest. Kiedy próbowałam wytłumaczyć koleżance, co powiedział do mnie pewien chłopak, z którym rozmawiałam po angielsku, musiało to trochę potrwać i też po drugiej stronie słuchawki słyszałam wzdychanie. Najgorsze jest to, że to działa w obie strony. Nie jeden raz, mój znajomy śmiał się ze mnie, że „tak słodko wymyślam angielskie słówka”. No Boże…teraz mam wrażenie, że nie umiem mówić w żadnym języku, nawet polski staje się trudny. Koleżanka z Polski, z która byłam na Erasmusie, często łapała mnie za ramię i mówiła „Kasia, pora wracać”. Najgorsze jest to, że obie robiłyśmy okropne błędy, ale wzajemnie się rozumiałyśmy, bo obie rozumiemy te same języki.

Kalka zdania z języka angielskiego nie jest mi obca. Często muszę zastanowić się, jak to poprawnie powiedzieć. Niepamiętanie słówka, to kolejna rzecz, która doprowadza mnie do szału i mam wrażenie, że już się nie pozbędę. Przez ostatni tydzień trzy razy sprawdzałam jak jakieś słówko powinno brzmieć po polsku. Myślicie, że to mało, ale problem w tym, że takie rzeczy nie powinny mieć w ogóle miejsca.

Ciągle jest coś co sprawia mi trudność – small talk. My tego nie mamy, a jeśli mamy, to poproszę przykład, bo pytanie „co tam u ciebie?” po polsku, to nie to samo co po angielsku. Znajoma Brytyjka powiedziała mi, że pierwsze co robi, jak przychodzi na spotkanie z ludźmi, których widzi pierwszy raz na oczy, rozmawia o pogodzie, zadaje pytania, co tam u nich, albo pyta się o rodzinę, a tak naprawdę to nic ją to nie obchodzi. Mam wrażenie, że u nas „co tam u ciebie”, świadczy o tym, że naprawdę jesteśmy zainteresowani. Zauważyłam, że rzadko, bo rzadko, ale zdarza mi się wplątać small talk w polski, wtedy mój rozmówca patrzy się na mnie wzrokiem pt. „a co cię to obchodzi?!”

Czytanie angielskich autorów po polsku mnie najzwyczajniej w świecie denerwuje. Kiedy przeczytam książkę, która nawet jest ciężka po polsku, a przetłumaczenie jej zajęło trzynaście lat, to na pewno się tym pochwalę. Na razie sięgam po cieniuśkiego Hemingway’a, ale już niedługo.

Cały czas „pardonuję” ludzi, mówię im „merci”. Tragedia. Wydawało się, że to całkiem proste, jednak jak na razie to ściana nie do pokonania. Kiedy wróciłam do Polski, po kilkumiesięcznej nieobecności, ponad tydzień zajęło mi zaprzestanie wyłapywania każdego polskiego słowa. Siedząc z Mamą w kinie, miałam ochotę do niej krzyknąć „Mamo! Oni mówią po polsku!”, a francuski w „Zjawie”, był za to miodem dla mych uszu.

Jeśli chodzi o francuski, widzę ogromny postęp jeśli chodzi o rozumienie ze słuchu. Kiedy na drugim roku zaliczałam słuchanie na ledwo ledwo trzy, płacząc przy słuchaniu francuskiego radia, teraz nie mam problemu ze zrozumieniem tego słyszę. Trochę lajk. Ciekawe jak to przeniosę na oceny.

Był jeden moment, kiedy przeszłam lekki zawrót głowy. Zabrałam Sofię, dziewczynkę, która się opiekowałam, do kawiarni. Sofia mówiła do mnie po angielsku, ja myślałam po polsku, co chcę zamówić, a musiałam to wszystko przetransportować na francuski. Natomiast, kiedy poszłam do Starbucksa w Łodzi, powiedziałam do pani, że chcę kawę, no z tym…gingerem!

Mam wrażenie, że już chyba tak to zostanie, że już będę mówiła dziwnie do końca życia, że już zawsze będę brała autobus, wszystko będzie tłumaczone literalnie (przecież właściwie nikt tak nie mówi) i będę mówiła „O nie!” z brytyjskim akcentem, który nie wiem skąd się w tym zwrocie pojawia.

Kiedyś już o tym pisałam, link do poprzedniego posta macie tutaj.

Reklamy

4 Comments

  1. Znam to… Jako podwójnie niedoszła filolożka na emigracji zaczęłam się jąkać. Polski jakiś taki nieskładny. Olaboga. Językowy mindfuck :3

    Lubię to

  2. Ten sam problem! I jeszcze znajomi, którzy nie potrafią zrozumieć tego fenomenu i nierzadko widzą na mojej twarzy wyjątkowe skupienie, kiedy staram się sobie przypomnieć, jak coś się mówi po polsku.

    Lubię to

  3. I ja mam wrażenie, że w angielskim wyrażanie siebie jest zdecydowanie bardziej swobodne! To jest fenomen, który mnie zachwyca. I nie wiem z czego to wynika. Układa się krótsze i prostsze zdania? No idea.

    Lubię to

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s