Sztuka tracenia

To mi siedzi w głowie. Siedzi i swędzi. To tak samo, jak rzucasz palenie, chcesz odpuścić, a mimo wszystko sięgasz po następnego papierosa, bo swędzą płuca, które bez dymu nie potrafią już żyć. Nie potrafisz żyć bez maniery wtykania tego świństwa do ust i maniery podnoszenia brody do góry, jakby dym miał zbawić świat, Twoich ładnie pomalowanych paznokci i tego, że to takie pozostałości po tym, czego już nie ma.

Strzykam palcami i widzę coś o czym wolałabym już nie myśleć. Można sobie mówić, że jest już w porządku, że właściwie to już nie pamiętasz, a moment, w którym o tym nie myślisz, to tak naprawdę tylko chwila, bo zaraz masz ten śmierdzący dym znowu w płucach.

Możemy porozmawiać o Paryżu, ale równie dobrze, możemy wybrać jakiekolwiek inne miejsce na ziemi, gdzie nagle Cię wywiało i na jakiś czas na nowo układałaś myśli w swojej głowie, a teraz jak gdyby nigdy nic, musiałaś to wszystko zostawić. I to tam sobie nadal jest: ta kawiarnia, ta ławka, ten targ, w każdy wtorek, piątek i niedzielę i ten pokój. I nic więcej, bo właściwie nie masz do czego wracać. Może to tylko ja. Kiedy odchodziłam z liceum, najbardziej tęskniłam za budynkiem ponad dwusetnej szkoły, za tym zapachem (smrodem?), który roznosił się w okresie zimy, bo wiedziałam, że przecież ludzie, ludzie zostaną. I miałam rację. Mogę ich policzyć na palcach jednej dłoni, ale często przemykają mi przez głowę. Każdej osoby, na której mi zależało, już tam nie ma, a jeśli jest, to to nie jest takie łatwe. Wiecie o co chodzi, takimi osobami nie ma co się przejmować. Bilety kupione, niedługo zjawiam się tam chociaż na chwilę. A jednak leżę, piję miętę i się nad tym rozdrabniam.

Czuję, że jakbym naprawdę chciała napisać o tym, o czym naprawdę chcę, musiałabym otworzyć puszkę Pandory, dlatego wolę zostawić was z wierszem, który mnie do tego wszystkiego zmusił. Zostawiam go w dwóch wersjach, oryginał tutaj, a w przekładzie Barańczaka znajduje się poniżej. Uwielbiam obie.

Elizabeth Bishop
Ta jedna sztuka

W sztuce tracenia nie jest trudno dojść do wprawy;
tak wiele rzeczy budzi w nas zaraz przeczucie
straty, że kiedy się je traci – nie ma sprawy.

Trać co dzień coś nowego. Przyjmuj bez obawy
straconą szansę, upływ chwil, zgubione klucze.
W sztuce tracenia nie jest trudno dojść do wprawy.

Trać rozleglej, trać szybciej, ćwicz – wejdzie ci w nawyk
utrata miejsc, nazw, schronień, dokąd chciałeś uciec
lub chociażby się wybrać. Praktykuj te sprawy.

Przepadł mi gdzieś zegarek po matce. Jaskrawy
blask dawnych domów? Dzisiaj – blady cień, ukłucie
w sercu. W sztuce tracenia łatwo dojść do wprawy.

Straciłam dwa najdroższe miasta – ba, dzierżawy
ogromniejsze: dwie rzeki, kontynent. Nie wrócę
do nich już nigdy, ale trudno. Nie ma sprawy.

Nawet gdy stracę ciebie (ten gest, śmiech chropawy,
który kocham), nie będzie w tym kłamstwa. Tak, w sztuce
tracenia nie jest wcale trudno dojść do wprawy;
tak, straty to nie takie znów (Pisz!) straszne sprawy.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s