Piękne chwile

Skoro już pytacie się co u mnie, to wam powiem. U mnie jest całkiem nieźle. W Paryżu wiosna, wszystko jakoś tak lepiej, ja lepiej, Paryż lepiej. Jakiś taki weselszy i pełen nadziei. Po kilkunastu dniach spędzonych poza Paryżem nie zdawałam sobie sprawy, jak bardzo za nim tęskniłam. W głowię powoli się z nim żegnam, nie do końca jeszcze wiedząc, czy naprawdę go opuszczę. Paryż bardzo mi zcodzienniał (scodzienniał? to słowo i tak nie istnieje). Stał się pospolity i zbrzydł. Wtedy zastanawiam się, co ja tu robię, że przecież nie tak miało być. A później znajoma pokazuje mi bibliotekę na Marais, w której jest sama sztuka, na dziale albumów z XIX wiecznym malarstwem spędzam całkiem długie chwile. Za jakiś czas idę w lekkim kapuśniaczku po Montmartre, z parasolem w ręku, co chwilę go zamykając i znowu otwierając. Wtedy jestem najszczęśliwsza. Wiem, że w Polsce śnieg, ale tutaj to już chodnik pachnie deszczem.

Z Paryżem to trochę jak z takim papierosem po odwyku. Kręci Ci się w głowie, nogi jak z waty, nie za bardzo umiesz z takim papierosem oddychać, ale to jest tak pyszne, że wiesz, że jeszcze kiedyś na pewno spróbujesz.

Poza tym chyba trochę pokochałam Batignolles. Biegam do parku Monceau, a po drodze przebiegam przez skwer, który wygląda jak z bajki o wróżkach. Założę się, że jakaś tam mieszka.

Dużo czytam o sztuce, bo ogromnie pragnę przestać być w tym temacie laikiem. Otwierają się nowe wystawy. Muzea budzą się z zimowego snu. Podobno wystawa Vermeera w Luwrze, to totalne fiasko. W Muzeum D’Orsay otwiera się kilka nowych pokoi z Neoimpresjonizmem, a ja na plecach mam ciarki. Ten cały Seurat. Nie mogę się doczekać, kiedy wreszcie dotrę do Marmottan i na tymczasową do Muzeum Oranżerii.

Życie spędzam na czytaniu i patrzeniu na kwitnące drzewa no i trochę na słuchaniu Britney Spears, ale o tym, to może kiedy indziej.

Czasami się już żegnam. Myślę, że będzie brakować mi tego tańca w metrze na Saint Lazare, tego podglądania ludzi w „Le Dome” na Villiers i robieniu dużych zakupów na targu co tydzień. Może zupełnie niepotrzebnie? Po powrocie z francuskiego Helu jestem zachwycona wszystkim wokół mnie. Nawet odgłosem karetki. Wsiadając do linii numer dwa uśmiechnęłam się do siebie, gdy kilka sekund wcześniej pomyślałam, że jestem w domu.

Tak sobie czasami myślę, że poszłam do przodu, a jakaś część mnie bardzo chciałaby zostać tam, gdzie była kiedyś. Jednak jakoś w swoje urodziny powiedziałam sobie stanowcze NIE, ale przecież wiadomo, że czasami swoim myślom odpuszczam i wędrują tam, gdzie już dawno nie powinny. Bo przecież to wszystko to Paryż i nieważne, jak fajnie było później, niektóre rzeczy zostaną najfajniejsze na świecie i nie do powtórzenia.

Urodziny spędziłam nad Oceanem, trochę odseparowana od wszystkiego, ale gadająca jak najęta. Zjadłam dużo muli i krewetki, a Marion Cotillard śpiewała mi francuskie sto lat z całą restauracją albo co najmniej biła brawo. Będę w to uroczo wierzyć. Jak na starą osobę, liczącą teraz lata do trzydziestki, poszłam spać równo o północy. Jak na urodziny przystało, nie poszłam spać totalnie trzeźwa.

Chyba jest mi dobrze. W głowie mam sztukę, wiosnę i paryskie dobro.

Zdjęcie znad Atlantyku, z urodzinowego dnia, gdzie po zamoczeniu nóg w lodowatej wodzie postanowiłam, że teraz to ja już naprawdę biorę życie w swoje ręce.  I proszę Cię, Drogi Czytelniku, życz mi powodzenia.

4602

Reklamy

1 Comment

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s